
Rozbili sie pod Lichynią…
Bombowiec B-24 został zestrzelony 7 sierpnia 1944 roku, przez Niemców w okolicach Lichyni. Los lotników, a konkretnie jednego z nich – porucznika Jamesa Ryana, który został tutaj zestrzelony wraz ze swoją załogą, został opisany na jednej ze stron internetowych. Stronę tą założył jego syn John Ryan, który założył tą stronę dla upamiętnienia wojenno-lotniczej kariery ojca. John Ryan postanowił także znaleźć miejsce upadku bombowca oraz świadków tego zdarzenia…
Bombowiec B-24, w którym przebywała amerykańska załoga, został zestrzelony 7 sierpnia 1944 roku, podczas nalotu na Blachownię Śląską (Blechhammer North). Niestety tego dnia, artyleria przeciwlotnicza trafiła aliantów w lewy skrajny silnik bombowca, który po chwili odpadł. Bombowiec zaczął opadać na ziemię i wtedy widziano go po raz ostatni.
Tuż po wojnie ojciec Ryana opowiedział mu dość szczegółowo, jak wyglądała próba ratowania się podczas spadania bombowca na ziemie. John Ryan jednak chciał się dowiedzieć gdzie dokładnie wylądował jego ojciec, więc musiał przybyć tutaj na miejsce. Natrafił na Waldemara Ociepskiego – pasjonata lotnictwa, który gromadził wszelkie materiały na temat „bitw o benzynę” w okolicach Kędzierzyna-Koźla i Blachowni.
Wspólnie zebrali materiały, które pozwoliły im ustalić dokładne miejsce gdzie porucznik John Ryan wraz z załogą zakończyli swoją misję. Dokumenty dowiodły, że było to pole jeden kilometr na płd.-zach. od Lichyni. Fakt ten potwierdziło też kilku świadków tego zdarzenia m.in.: Gerard Ciupka, Helena Janda, Alfred Biela, który dodał, że lotnicy, kórzy zgineli po robiciu się bombowca, zostali pochowani na cmentarzu w Zalesiu Śląskim. Potwierdzają to także księgi parafialne w Zalesiu, które mówią o 5 lotnikach, pochowanych tutaj 9 sierpnia 1944 r. Bezpośrednim świadkiem zdarzenia był także Maksymilian Makosz, który przybył na miejsce zdarzenia ze swoim wujkiem.
„Przybysz był wysoki i wysportowany. Wyglądał na zadowolonego, że uszedł z życiem. […] Odczepił spadochron, a za chwilę pojawił się policjant na rowerze, który z daleka krzyczał do Amerykanina, żeby ten się poddał. Razem poszli potem do wsi. Makosz ponownie widział Amerykanina już we wsi. Jeniec czekał na schodach przy kapliczce obok domu sołtysa, gdzie był na przesłuchaniu.”
Więcej o tej historii przeczytasz tutaj.
Zachęcamy wszystkich, którzy znają podobne historie, które wydarzyły się w naszych okolicach, o kontakt z nami.
