Podania i legendy

O świecznijach

Były to chłopy, duchy, ludzie jakowys, co zamiast głowy mieli jakby płomień świeczki na karku. Podobno, któryś z krewnych mojej babci dostał dostał po pysku jak chciał „cigareta” (papieros) od tego ognia odpalić, co on (ten świecznik) miał na karku. A było to jak szedł z dworca kolejowego w Sławięcicach do domu na Popicach. Do tego świecznik obsikał („obszczał”) go jeszcze na dodatek. To była daleka droga, ale na początku XX wieku inaczej nie szło.

Nadesłał M. Horyczy

O „Piekle”

Jak się jedzie drogą Popicką (ul. Wiejska), przez wieś, to gdy skręca się w prawo, a nie na szoseja strzelecka (ul. Strzelecka), to jechało się potem albo szło, w stronę „Piekła”. Piękne tam były widoki. Potem był folwark. To tam żelo się krowy (poganiało się). Nazwa od „Piekła” wzięła się podobno od tego, że dawno, dawno temu jakiś bogaty gospodarz w Wielki Piątek urządził zabawę w karczmie, co stała na lewo od drogi prowadzącej na „Piekło”. Kiedy ludzie się tam bawili, to się wszystko zapadało pod ziemię, a potem tam różne dziwadła widzieli i słyszeli, a diabły tam harcowały i dlatego pastwiska te nazwano „Piekło”.

Nadesłał M. Horyczy

O kobietach

Jak świat szeroki zawsze bywało tak, że tam gdzie władza i pieniądze, tam też pociąg do romansów. Wiele z tych przelotnych i krótkotrwałych na ogół znajomości staje się pożywką do powstawania skandalizujących i budzących ciekawość opowieści. Tak też było w przypadku „znajomości” Antoniego „Mocnego” Gaszyny z hrabiną Kozel. Kobieta ta, niebywałej urody zresztą, była utrzymanką Pana na Dreźnie – króla pruskiego. Jako że spory czas władcy spędzać muszą w podróży, tak też się raz złożyło, że król ów musiał się wybrać w podróż na Śląsk. Hrabina Kozel nie biorąc pod uwagę innej możliwości, wyruszyła za nim potajemnie. Gdy Pan na Dreźnie dowiedział się o tym jej „procederze” zatrzymał ją na zamku w Sławięcicach. Zanim jednak do tego doszło, piękna hrabina spotkała się z panem na Żyrowej. Spotkanie to było o tyle niezwykłe, że Gaszyna właśnie, jak to zwykł często robić, zabawiał się na okolicznych polach ze swoją służbą. A zabawy te nie były byle jakie – jednym z ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu przez właściciela Żyrowej była gra w „ciuciubabkę” ze służącymi. A że hrabia bardzo lubił taką zabawę, nierzadkie były przypadki, że czy to kucharka, czy pokojówka a nawet dziewka stajenna ni stąd ni zowąd stawała się brzemienna. Jako że Gaszyna był honorowym człowiekiem starał się jakoś takiej pannie życie ułożyć – szukał jej męża. Jeśli takowa panna była spolegliwa i dało się ją wydać za mąż, hrabia osadzał ich w osadzie Wygoda pod Krapkowicami. Do dziś dnia w tej miejscowości żyją potomkowie hrabiego z nieprawego łoża. Jeśli jednak panna była zadziorna i ani myślała o zamążpójściu, albo co gorsza ubiegała się dalej o względy hrabiego, ten bez skrupułów wysyłał ją do Nędzy pod Raciborzem.
Pewnego dnia, w czasie właśnie takiej „zabawy” hrabia spotkał panią Kozel. Wdzięk pięknej kobiety zrobił na nim spore wrażenie. A że i Gaszyna był niezwykle urodziwym młodzieńcem, ponoć wykarmionym na mleku lwicy i przez to niezwykle mocny i urodziwy, hrabina nie pozostała obojętna na jego wdzięki. W głowie żyrowieckiego pana krystalizował się pomysł nocnej schadzki. Po zmroku wysłał więc swojego zaufanego sługę z poleceniem spicia straży pięknej hrabiny i tym samym umożliwienia mu zakradnięcia się do jej alkowy. I tak też się stało – sługa rozkaz spełnił i Gaszyna spędził noc w objęciach pięknej hrabianki. Na szczęście dla hrabiego znajomość ta skończyła się na jednej nocy. Dlaczego na szczęście? Król Pruski będący bardzo zazdrosny o wdzięki swojej utrzymanki krwawo rozprawiał się z nieszczęsnymi rywalami.
Wiele kobiet ulegało wdziękom pięknego hrabiego. Lecz były i takie, które się mu opierały. A władca nie lubił, gdy coś nie szło po jego myśli. Pewnego dnia, gdy upatrzona przez niego kobieta nie była zbyt spolegliwa, hrabia wziął ją siła. Kobieta, jako że była słabowita, niedługo potem zmarła. Hrabiego, gdy się o tym dowiedział, zaczęły trapić wyrzuty sumienia. Gdy pewnego razu przejeżdżał koło miejsca, gdzie dopuścił się tego haniebnego czynu, pojawiła się zjawa tej kobiety. Hrabia prosił ją, aby zniknęła, a on będzie o niej pamiętać i każe zbudować w tym miejscu kapliczkę i na pewno jakowąś pokutę uczyni. Zjawa zniknęła a hrabia Antoni wyruszył w dalszą drogę. Gdy przybył pod wrota swojego zamku już o całym zdarzeniu nie pamiętał. Lecz duch owej nieszczęsnej kobiety nie zapomniał. W czasie jednej z wystawnych uczt, odbywającej się na żyrowieckim zamku nagle stół z jadłem zaczął się przesuwać ku ścianie. Duch kobiety przypominał hrabiemu o obietnicy. Teraz Gaszyna nie mógł zapomnieć – kazał wybudować kapliczkę przy pątniczym szlaku. Dziś nosi ona wezwanie świętej Tereski – patronki pokrzywdzonych i ma ludziom przypominać o krzywdzie niewinnej dziewczyny.

O diabłach

Ród Gaszynów słynął z tego, że co rusz któryś z jego przedstawicieli wpadał na wariacki pomysł, o którym przez długi czas jeszcze mówiono w całej okolicy. Tak też było z piwnicami, w których Gaszynowie trzymali wino i piwo. Te piwnice stały się postrachem całej okolicy. Dlaczego? Otóż żeby trunki się nie zepsuły, do pomieszczeń, w którym leżakowały musi być stały dostęp świeżego powietrza. A jak ma być dostęp powietrza do piwnicy, jeśli nie przez otwór łączący ją z powierzchnią? Gdy się tylko okoliczni chłopi zwiedzieli, że takowy otwór do gaszynowych piwnic być musi, nuże zaczęli go szukać. I dużo czasu nie minęło, jak go znaleźli. Po czym Gaszyna poznał, że chłopy się zwiedzieli, gdzie jest wejście do piwnic? Ano po tym, że piwa i wina coś ubywać zaczyna i wielu do roboty się nie nadaje, bo pokotem pijani po miedzach leżeli. Hrabia zastanawiał się jak ukrócić ten złodziejski proceder, gdy zobaczył przechodzącego akurat drogą wrocławskiego żaka. Przywołał go do siebie, odbył cichą rozmowę i zlecił młodzieńcowi dziwne zadanie. A że, jak wiadomo do dziś dnia, studenci majętnym ludem nie są, to się chłopczyna ochoczo dla obiecanej zapłaty na takową robotę zgodził. Hrabia zwołał okolicznych chłopów, wziął żaka ze sobą i weszli wszyscy do piwnic. Jako że o elektryczności jeszcze wtedy nawet marzyć nie mogli, studencina, którego na przód gromady wypchali, niósł ze sobą świecie. Lecz nagle świeczki zgasły i dał się słyszeć paniczny wrzask chłopaka. Pewniakiem jakiś diabeł musi się w tych piwnicach czaić – zawyrokował hrabia. Lecz nie znalazł się żaden śmiałek, który by wszedł do piwnicznych lochów sprawdzić, co takiego się w nich kryje. Wpadli na pomysł i przyprowadzili ze stajni jakąś starą chabetę, którą siłą wepchnęli do piwnicznego wejścia. Raptem powietrze przeszył dziwny kwik i pod nogi zebranych przy wejściu potoczył się obcięty koński łeb. Teraz już wszyscy mięli pewność, że w pańskich piwnicach diabeł grasuje. Zasypali wejście i nikt już się nie zakradał ani po wino ani po piwo do piwnic Gaszynów. Żak bezpiecznie wyszedł z piwnic do wnętrza zamku i sowicie wynagrodzony za obcięcie końskiej głowy powędrował dalej swoją drogą.
Takich diabelskich pomysłów Gaszynowie mięli o wiele więcej – jeden z potomków Melchiora Ferdynanda, Antoni zwany „mocnym” jadąc kiedyś na przechadzkę przez Wysoką, spotkał po drodze kominiarza. Jak powszechnie wiadomo, przedstawiciel tego szacownego zawodu na ogół chodzi cały sadzą umorusany. Jednym słowem – wygląda jak diabeł. A jako że hrabia jechał w towarzystwie swojego sługi, miał dwa konie do dyspozycji. Więc na czarnego kazał posadzić kominiarza, sam zaś dosiadł drugiego. Taki to dziwny orszak przeleciał pędem przez wieś – na przedzie pędził hrabia Antoni drąc się wniebogłosy, że go diabeł gonił, za nim zaś, co tchu końskiego starczyło, gonił kominiarz wznosząc dzikie okrzyki. Na wieś padła trwoga – diabeł goni hrabiego. Kobiety w płacz, wszyscy padli na kolana i poczęli się modlić, żeby diabeł od hrabiego odstąpił. Jak się możemy spodziewać ich prośby zostały bardzo szybko wysłuchane.

O kościele

Przed wiekami, gdy okolice pokrywały jeszcze prastare bory, nie było większych szlaków wiodących przez nasze tereny. Tylko gdzieniegdzie wiodła wąska droga łącząca okoliczne wioski i zamki. Właśnie jedną z tych dróg wędrował tabor księcia hiszpańskiego, wracającego z wyprawy wojennej. Wozy wypełnione wszelkimi dobrami – zdobyczami wojennymi ciągnione były przez woły. Wiadomo, zwierzęta te do szybkich nie należą, a i wozy ciężkie były, i droga nie najlepszej jakości. Szlak tej książęcej wędrówki wiódł przez wzniesienie, nazywane dzisiaj Górą Chełmską, Górą św. Anny. Gdy już cała grupa, książę ze sługami, wozy i parobcy osiągnęli szczyt tego wzniesienia, w zwierzęta jakby grom strzelił – nie chciały się ruszyć do przodu ani o krok. Nie pomogły prośby, groźby ani nawet bat. Uparte zwierzęta stały jak wrośnięte w ziemię. Książę, jako że był człowiekiem prawym i do tego przykładnym chrześcijaninem odczytał to jako znak boży. Nakazał rozstawienie obozowiska w tym miejscu i przystąpił do dzieła – kazał na szczycie wzniesienia, w miejscu gdzie zatrzymały się woły, wybudować kościół. Lecz cóż to za kościół, w którym wierni nie mogą wznosić swoich modłów za przyczyną świętych. Nic nie dział skuteczniej niż święta rzeźba, a jeszcze lepiej jakby zawierała relikwie. Wiadomo, że w średniowieczu kult relikwii był bardzo rozpowszechniony. I to nie tylko tych prawdziwych, ale i „wynalezionych” na potrzebę chwili, tak jak na przykład kopyto osiołka, na którym święta rodzina uciekała do Egiptu czy szczebel drabiny, która śniła się starotestamentalnemu Jakubowi. Książę z wozów wypełnionych wojennymi łupami kazał wyciągnąć figurkę świętej Anny, która na rękach trzyma Maryję i Chrystusa. Figurka ta służyła do przechowywania cudownych relikwii – kamienia z dróżki wiodącej do domu św. Anny. I tak oto dzięki upartym wołom, powstał kościół, a potem i sanktuarium na Górze św. Anny. Ile w tej opowieści prawdy? Nie wiadomo. W końcu to, choć bardzo piękna, tylko legenda.

Annogórskie kaplice

Prawie każdy z Czytelników miał przyjemność odwiedzić kiedyś kalwarię na Górze św. Anny. Pięknie zdobione i utrzymane w należytym porządku kaplice, są jedynym przykładem takiej architektury w naszej okolicy. I kto by przypuszczał, że niewiele brakowało, a dziś nie stałby tu kamień na kamieniu. Kalwaria z biegiem czasu niszczałaby coraz bardziej, gdyby nie pewien pies. A działo się to kilka ładnych lat po śmierci fundatora kalwarii – hrabiego Gaszyny.
Szlachcic ten pod koniec swojego, zresztą dość bogatego w skandale i hulanki, życia, postanowił zadbać o swój los po tej drugiej stronie śmierci. Ufundował kaplice kalwaryjskie. Pierwotny wygląd drogi krzyżowej odbiegał trochę od tego, który dziś jest nam znany. Po śmierci fundatora jego następcy okazali się nie być już tak pobożnymi, los kalwarii nie leżał im zbyt na sercu. Powoli czas działał na niekorzyść tych budowli, dróżki zarastały chaszczami, zielskiem. W tym czasie ówczesny gwardian klasztoru oo. franciszkanów, postanowił udać się na spacer w okolice szczytu. Razem z nim spacerował jego brat, również franciszkanin. Bracia wzięli ze sobą psa gwardiana. Spacerując po zarośniętych ścieżkach, w pewnym momencie zgubili psa z oczu. Zaczęli szukać, wołać, przeczesywali okoliczne zarośla. W pewnym momencie poczuli bardzo intensywny zapach fiołków. Postanowili kierować się tym zapachem. Przedarli się przez ostatnie krzaki i zobaczyli psa przy zwalonym krzyżu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pies ten klęczał i się modlił, a wokół trwał roztaczał się fiołków. Obaj zakonnicy padli na kolana i poczęli się modlić.
Zdarzenie to wywarło na nich tak duże wrażenie, że gwardian postanowił za wszelką cenę odremontować annogórską kalwarię. W miejscu tego cudownego zdarzenia dziś stoją Trzy Krzyże. Z tą historią wiąże się jeszcze inna tradycja – od tego dnia każdy gwardian klasztoru na Górze św. Anny posiada psa.

Skarby pod bazyliką

Wieść ludowa niesie, że u wejścia do annogórskiej bazyliki zakopane są wspaniałe skarby. Zakopany ma tam być złoty cielec. Skąd się tam wziął? Nikt tego nie wie. Zaraz za schodami wiodącymi do kościoła, tuż przy Rajskim Placu (pod znakami papieskimi, mówiącymi, że jest to bazylika mniejsza) jest miejsce gdzie w ziemi leży nienaruszony jak dotąd złoty cielec. Bo choć wielu jest takich, którzy uśmiechają się na samą tylko myśl o takim bogactwie, to jak dotąd nie znalazł się śmiałek, który chciałby owego cielca spróbować wykopać.
Dlaczego? Złoty cielec pojawia się dokładnie o północy w Noc Świętojańską. Śmiałek, który połakomi się na bogactwo, musi wykopać cielca przy całkowitej ciszy. Nie może być wtedy słychać żadnego hałasu – pies nie może szczeknąć, kogut zapiać, nie może nikt nic powiedzieć. Wtedy cielec będzie należał do śmiałka, który go wykopał. Ale jeśli choć jeden pomruk przerwie ciszę, to cielec wraz z odważnym, który chciał go zdobyć, zapadnie się pod ziemię już na wieki. Być może dlatego właśnie cielec do dziś dnia spoczywa pod Rajskim Placem przed bazyliką.

O Krowiaku (Kuhtalu)

Krowiak to dolina, w której leży amfiteatr annogórski. Krąży o niej wiele przekazów. Jedna z legend wyjaśnia pochodzenie nazwy Krowiak. Otóż, Bóg światła ( czy też jak niektórzy mówią- Bóg szczęścia ) wędrując doliną, spotkał miłego chłopca pasącego krowy. Poprosił go, by zaniósł posłanie ze złotym pierścieniem strażnikowi świętości mieszkającemu na szczycie wysokiej góry. Młody pasterz jednak lękał się o swoje krowy i nie chciał ich zostawić bez opieki. Bóg szczęścia chcąc przekonać chłopca, że nie ma powodu do niepokoju, wyjął róg i zadął. Krowy natychmiast skamieniały. Pasterz przeraził się, lecz ponowny głos rogu szybko przywrócił je do życia. Pewny, że skamieniałym krowom w czasie jego nieobecności nic złego się nie stanie, chłopiec zadął w róg, po czym wziął pierścień i poszedł do Boga nieszczęść. Jednakże, gdy wspinał się na stromą górę, został połknięty przez smoka żywiącego się ludźmi. Od tego czasu krowy zastygłe w pagórku czekają na swego pasterza ….

O broni

Po pierwszym powstaniu śląskim u jednego z gospodarzy w Leśnicy koło Góry św. Anny, wyciągnięto broń z ukrycia, by ją oczyścić.Nagle ktoś zawołał: ” Niemcy idą”!. Broń bez namysłu rzucono na gnój. Służąca, która przechodziła przez podwórze niosąc słomę, rzuciła ją w okamgnieniu na broń, zaś gospodyni wzięła miskę zboża i sypnęła je na słomę. Po chwili gnój obsiadły kury i zawzięcie dziobały ziarno. W tym momencie na podwórze weszli Niemcy. Przeprowadzili rewizję, przekopali cały dom i oczywiście niczego nie znaleźli. Nawet im do głowy nie przyszło , że broń jest, gdzie kury spokojnie dziobią ziarno. Takie to były czasy, że trzeba było działać natychmiast, by nie narobić sobie kłopotu.

O nazwisku Gaszyn

Działo się to w czasach gdy między Polakami a Czechami toczyły się walki. Przez lasy pograniczne Śląska przejeżdżali woje- raz polscy, raz czescy, tropiąc się wzajemnie i niepokojąc pracującyh tu węglarzy.Któregoś dnia zjawił się tam młody mężczyzna, który twierdził , że jest panem tych ziem i prosił spotkanego węglarza, by udzielił mu schronienia przed ścigającymi go oddziałami wroga. Węglarz nie zastanawiając się ukrył go w jednym z dołów przygotowanych do otrzymywania węgla drzewnego. Zabezpieczył odpowiednio młodzieńca, a potem dół obłożył drewnem. Był to czas najwyższy, bo po chwili wpadła grupa jeźdźców poszukujących zbiega. Węglarz najspokojniej układał drwa w następnych dołach,a na pytania ścigających odpowiadał z rozwagą, że nikt tędy nie przejeżdżał ani nie przechodził. Woje jednak mocno wietrzyli podstęp. Zaczęli przeczesywać pobliskie zarośla, zaczęli także zaglądać do każdego dołu, przerzucając ułożone już stosy drewna. Gdy zbliżyli się do stosu ukrywającego zbiega- węglarz zapalił go. Natręci uznali to za wystarczający dowód na to, że w stosie nikt nie mógł się ukryć. Klnąc, złorzecząc na wszystko-odjechali. A wtedy węglarz zaczął wołać do będących w pobliżu towarzyszy: gasić, gasić, gasić! Tym sposobem uratowano młodego pana, a ten z wdzięczności obdarował węglarza specjalnymi przywilejami oraz dał mu nazwisko Gasiński, z czego potem zrobiono Gaszyński, a jeszcze później skrócono je na Gaszyn.

O Gaszynie mocarzu

Wspomniany już Antoni Gaszyn za życia był człowiekiem nieprzeciętnie silnym. A siła jego wzięła się stąd,że gdy był raczkującym dzieckiem i zmarła mu matka, zdarzyło się ,że raczkujący dzieciak possał czasami mleko lwicy razem z lwiątkami, ponieważ w pałacu trzymano oswojoną lwicę, która akurat miała młode. Po czasie zorientowano się, że chłopiec posiada ogromną siłę. A gdy urósł umiał bez trudu łamać podkowy i ułożone w stos cynowe talerze. Umiał także z łatwością zatrzymać ciężki, załadowany po brzegi i rozpędzony wóz żniwny, chwytając jedną ręką za jego koło. Potrafił także dwoma palcami łamać pieniądze. Opowiadano też, że gdy kiedyś się zdenerwował na jednego z grajków pałacowej orkiestry, złapał go za żakiet i jedną ręką trzymał za oknem na znacznej wysokości. Kiedyś zaś umyślił sobie, że kowal zakładający żelazną obręcz do koła karety Gaszyna przywłaszczył sobie z niej jakiś drobiazg. Hrabia wezwał do siebie kowala w tej sprawie lecz on kategorycznie zaprzeczył posądzeniu.Nie wiedział nawet o jaką rzecz chodzi. Na to tylko czekał Gaszyn. Złapał żelazną obręcz i owinął ją nieszczęśnikowi wokół szyi. Potem kazał mu z tą Ťobrożą ť przespacerować się po pałacu, by dworzanie mogli się z niego pośmiać.Wleczony przez cały dwór i zabudowania dla służby, słniający się z wyczerpania, do domu puszczony został dopiero późnym wieczorem. Tutaj najbliżsi z ogromnym trudem uwolnili go z obręczy ratując mu życie.

Założenie klasztoru na Górze Św. Anny

Hrabia Antoni Gaszyn, zwany Mocnym, pod koniec życia swego często rozmyślał nad latami, które minęły. I zdał sobie sprawę z faktu , że nie było w nich nic dobrego, że dużo zła i szkód uczynił swym poddanym. Wiedział jak bardzo lud go nienawidzi, bowiem i on i jego rodzina mocno dawali się we znaki pracowitym mieszkańcom jego dóbr.Wiedział też o tym, że wyrządzonych krzywd i upokorzeń niczym naprawić już teraz nie zdoła. Postanowił więc zbudować na Górze Św. Anny Kalwarię, w której pątnicy modlitwami mogliby mu wyjednać wieczny spokój po śmierci. Udał się więc do Jerozolimy i tam narysował dokładny plan sytuacyjny wszystkich świętych miejsc.Potem, po powrocie, według tego wzoru zaczął budować stacje modlitewne. Niestety, niestety! Nie dokończył tego zamiaru, gdyż śmierć go zaskoczyła. Pochowano hrabiego Gaszyna tuż przy jednej z kapliczek. W jakiś czas po śmierci przyśnił się swemu synowi. Był w czarnym ubraniu, usta zawiązane równie czarną opaską, a w ręku trzymał list zalakowany czarną pieczęcią. Błagał w nim syna ,by ukończył rozpoczęte dzieło, ponieważ jedyną jego nadzieją są już tylko przyszłe modlitwy pątników, gdyż wobec zła czynionego na ziemi za życia jest bezsilny, mimo, że kiedyś tak górował nad wszystkimi swą siłą. Młody hrabia spełnił wiernie wolę ojca, a po śmierci został także pochowany w kościele św. Anny. Mówi się jednak, że ród Gaszynów nadal nie zaznał spokoju i dusze ich będą się plątać po ziemi jeszcze przez wiele wieków.