Reklama
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   Zapraszamy wszystkich mieszkańców!
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   Zapraszamy wszystkich mieszkańców!
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   Zapraszamy wszystkich mieszkańców!
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   Zapraszamy wszystkich mieszkańców!
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   Zapraszamy wszystkich mieszkańców!
Spotkania rady sołeckiej w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20:00 w Domu Spotkań DFK   
   
   
   
   
Menu

O świecznijach PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:20

Były to chłopy, duchy, ludzie jakowys, co zamiast głowy mieli jakby płomień świeczki na karku. Podobno, któryś z krewnych mojej babci dostał dostał po pysku jak chciał "cigareta" (papieros) od tego ognia odpalić, co on (ten świecznik) miał na karku. A było to jak szedł z dworca kolejowego w Sławięcicach do domu na Popicach. Do tego świecznik obsikał ("obszczał") go jeszcze na dodatek. To była daleka droga, ale na początku XX wieku inaczej nie szło.

Nadesłał M. Horyczy

 
O "Piekle" PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:19

Jak się jedzie drogą Popicką (ul. Wiejska), przez wieś, to gdy skręca się w prawo, a nie na szoseja strzelecka (ul. Strzelecka), to jechało się potem albo szło, w stronę "Piekła". Piękne tam były widoki. Potem był folwark. To tam żelo się krowy (poganiało się). Nazwa od "Piekła" wzięła się podobno od tego, że dawno, dawno temu jakiś bogaty gospodarz w Wielki Piątek urządził zabawę w karczmie, co stała na lewo od drogi prowadzącej na "Piekło". Kiedy ludzie się tam bawili, to się wszystko zapadało pod ziemię, a potem tam różne dziwadła widzieli i słyszeli, a diabły tam harcowały i dlatego pastwiska te nazwano "Piekło".

Nadesłał M. Horyczy

 
O kobietach PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:19

Jak świat szeroki zawsze bywało tak, że tam gdzie władza i pieniądze, tam też pociąg do romansów. Wiele z tych przelotnych i krótkotrwałych na ogół znajomości staje się pożywką do powstawania skandalizujących i budzących ciekawość opowieści. Tak też było w przypadku "znajomości" Antoniego "Mocnego" Gaszyny z hrabiną Kozel. Kobieta ta, niebywałej urody zresztą, była utrzymanką Pana na Dreźnie - króla pruskiego. Jako że spory czas władcy spędzać muszą w podróży, tak też się raz złożyło, że król ów musiał się wybrać w podróż na Śląsk. Hrabina Kozel nie biorąc pod uwagę innej możliwości, wyruszyła za nim potajemnie. Gdy Pan na Dreźnie dowiedział się o tym jej "procederze" zatrzymał ją na zamku w Sławięcicach. Zanim jednak do tego doszło, piękna hrabina spotkała się z panem na Żyrowej. Spotkanie to było o tyle niezwykłe, że Gaszyna właśnie, jak to zwykł często robić, zabawiał się na okolicznych polach ze swoją służbą. A zabawy te nie były byle jakie - jednym z ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu przez właściciela Żyrowej była gra w "ciuciubabkę" ze służącymi. A że hrabia bardzo lubił taką zabawę, nierzadkie były przypadki, że czy to kucharka, czy pokojówka a nawet dziewka stajenna ni stąd ni zowąd stawała się brzemienna. Jako że Gaszyna był honorowym człowiekiem starał się jakoś takiej pannie życie ułożyć - szukał jej męża. Jeśli takowa panna była spolegliwa i dało się ją wydać za mąż, hrabia osadzał ich w osadzie Wygoda pod Krapkowicami. Do dziś dnia w tej miejscowości żyją potomkowie hrabiego z nieprawego łoża. Jeśli jednak panna była zadziorna i ani myślała o zamążpójściu, albo co gorsza ubiegała się dalej o względy hrabiego, ten bez skrupułów wysyłał ją do Nędzy pod Raciborzem.
Pewnego dnia, w czasie właśnie takiej "zabawy" hrabia spotkał panią Kozel. Wdzięk pięknej kobiety zrobił na nim spore wrażenie. A że i Gaszyna był niezwykle urodziwym młodzieńcem, ponoć wykarmionym na mleku lwicy i przez to niezwykle mocny i urodziwy, hrabina nie pozostała obojętna na jego wdzięki. W głowie żyrowieckiego pana krystalizował się pomysł nocnej schadzki. Po zmroku wysłał więc swojego zaufanego sługę z poleceniem spicia straży pięknej hrabiny i tym samym umożliwienia mu zakradnięcia się do jej alkowy. I tak też się stało - sługa rozkaz spełnił i Gaszyna spędził noc w objęciach pięknej hrabianki. Na szczęście dla hrabiego znajomość ta skończyła się na jednej nocy. Dlaczego na szczęście? Król Pruski będący bardzo zazdrosny o wdzięki swojej utrzymanki krwawo rozprawiał się z nieszczęsnymi rywalami.
Wiele kobiet ulegało wdziękom pięknego hrabiego. Lecz były i takie, które się mu opierały. A władca nie lubił, gdy coś nie szło po jego myśli. Pewnego dnia, gdy upatrzona przez niego kobieta nie była zbyt spolegliwa, hrabia wziął ją siła. Kobieta, jako że była słabowita, niedługo potem zmarła. Hrabiego, gdy się o tym dowiedział, zaczęły trapić wyrzuty sumienia. Gdy pewnego razu przejeżdżał koło miejsca, gdzie dopuścił się tego haniebnego czynu, pojawiła się zjawa tej kobiety. Hrabia prosił ją, aby zniknęła, a on będzie o niej pamiętać i każe zbudować w tym miejscu kapliczkę i na pewno jakowąś pokutę uczyni. Zjawa zniknęła a hrabia Antoni wyruszył w dalszą drogę. Gdy przybył pod wrota swojego zamku już o całym zdarzeniu nie pamiętał. Lecz duch owej nieszczęsnej kobiety nie zapomniał. W czasie jednej z wystawnych uczt, odbywającej się na żyrowieckim zamku nagle stół z jadłem zaczął się przesuwać ku ścianie. Duch kobiety przypominał hrabiemu o obietnicy. Teraz Gaszyna nie mógł zapomnieć - kazał wybudować kapliczkę przy pątniczym szlaku. Dziś nosi ona wezwanie świętej Tereski - patronki pokrzywdzonych i ma ludziom przypominać o krzywdzie niewinnej dziewczyny.

 
O diabłach PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:18

Ród Gaszynów słynął z tego, że co rusz któryś z jego przedstawicieli wpadał na wariacki pomysł, o którym przez długi czas jeszcze mówiono w całej okolicy. Tak też było z piwnicami, w których Gaszynowie trzymali wino i piwo. Te piwnice stały się postrachem całej okolicy. Dlaczego? Otóż żeby trunki się nie zepsuły, do pomieszczeń, w którym leżakowały musi być stały dostęp świeżego powietrza. A jak ma być dostęp powietrza do piwnicy, jeśli nie przez otwór łączący ją z powierzchnią? Gdy się tylko okoliczni chłopi zwiedzieli, że takowy otwór do gaszynowych piwnic być musi, nuże zaczęli go szukać. I dużo czasu nie minęło, jak go znaleźli. Po czym Gaszyna poznał, że chłopy się zwiedzieli, gdzie jest wejście do piwnic? Ano po tym, że piwa i wina coś ubywać zaczyna i wielu do roboty się nie nadaje, bo pokotem pijani po miedzach leżeli. Hrabia zastanawiał się jak ukrócić ten złodziejski proceder, gdy zobaczył przechodzącego akurat drogą wrocławskiego żaka. Przywołał go do siebie, odbył cichą rozmowę i zlecił młodzieńcowi dziwne zadanie. A że, jak wiadomo do dziś dnia, studenci majętnym ludem nie są, to się chłopczyna ochoczo dla obiecanej zapłaty na takową robotę zgodził. Hrabia zwołał okolicznych chłopów, wziął żaka ze sobą i weszli wszyscy do piwnic. Jako że o elektryczności jeszcze wtedy nawet marzyć nie mogli, studencina, którego na przód gromady wypchali, niósł ze sobą świecie. Lecz nagle świeczki zgasły i dał się słyszeć paniczny wrzask chłopaka. Pewniakiem jakiś diabeł musi się w tych piwnicach czaić - zawyrokował hrabia. Lecz nie znalazł się żaden śmiałek, który by wszedł do piwnicznych lochów sprawdzić, co takiego się w nich kryje. Wpadli na pomysł i przyprowadzili ze stajni jakąś starą chabetę, którą siłą wepchnęli do piwnicznego wejścia. Raptem powietrze przeszył dziwny kwik i pod nogi zebranych przy wejściu potoczył się obcięty koński łeb. Teraz już wszyscy mięli pewność, że w pańskich piwnicach diabeł grasuje. Zasypali wejście i nikt już się nie zakradał ani po wino ani po piwo do piwnic Gaszynów. Żak bezpiecznie wyszedł z piwnic do wnętrza zamku i sowicie wynagrodzony za obcięcie końskiej głowy powędrował dalej swoją drogą.
Takich diabelskich pomysłów Gaszynowie mięli o wiele więcej - jeden z potomków Melchiora Ferdynanda, Antoni zwany "mocnym" jadąc kiedyś na przechadzkę przez Wysoką, spotkał po drodze kominiarza. Jak powszechnie wiadomo, przedstawiciel tego szacownego zawodu na ogół chodzi cały sadzą umorusany. Jednym słowem - wygląda jak diabeł. A jako że hrabia jechał w towarzystwie swojego sługi, miał dwa konie do dyspozycji. Więc na czarnego kazał posadzić kominiarza, sam zaś dosiadł drugiego. Taki to dziwny orszak przeleciał pędem przez wieś - na przedzie pędził hrabia Antoni drąc się wniebogłosy, że go diabeł gonił, za nim zaś, co tchu końskiego starczyło, gonił kominiarz wznosząc dzikie okrzyki. Na wieś padła trwoga - diabeł goni hrabiego. Kobiety w płacz, wszyscy padli na kolana i poczęli się modlić, żeby diabeł od hrabiego odstąpił. Jak się możemy spodziewać ich prośby zostały bardzo szybko wysłuchane.

 
O kościele PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:18

Przed wiekami, gdy okolice pokrywały jeszcze prastare bory, nie było większych szlaków wiodących przez nasze tereny. Tylko gdzieniegdzie wiodła wąska droga łącząca okoliczne wioski i zamki. Właśnie jedną z tych dróg wędrował tabor księcia hiszpańskiego, wracającego z wyprawy wojennej. Wozy wypełnione wszelkimi dobrami - zdobyczami wojennymi ciągnione były przez woły. Wiadomo, zwierzęta te do szybkich nie należą, a i wozy ciężkie były, i droga nie najlepszej jakości. Szlak tej książęcej wędrówki wiódł przez wzniesienie, nazywane dzisiaj Górą Chełmską, Górą św. Anny. Gdy już cała grupa, książę ze sługami, wozy i parobcy osiągnęli szczyt tego wzniesienia, w zwierzęta jakby grom strzelił - nie chciały się ruszyć do przodu ani o krok. Nie pomogły prośby, groźby ani nawet bat. Uparte zwierzęta stały jak wrośnięte w ziemię. Książę, jako że był człowiekiem prawym i do tego przykładnym chrześcijaninem odczytał to jako znak boży. Nakazał rozstawienie obozowiska w tym miejscu i przystąpił do dzieła - kazał na szczycie wzniesienia, w miejscu gdzie zatrzymały się woły, wybudować kościół. Lecz cóż to za kościół, w którym wierni nie mogą wznosić swoich modłów za przyczyną świętych. Nic nie dział skuteczniej niż święta rzeźba, a jeszcze lepiej jakby zawierała relikwie. Wiadomo, że w średniowieczu kult relikwii był bardzo rozpowszechniony. I to nie tylko tych prawdziwych, ale i "wynalezionych" na potrzebę chwili, tak jak nap rzykład kopyto osiołka, na którym święta rodzina uciekała do Egiptu czy szczebel drabiny, która śniła się starotestamentalnemu Jakubowi. Książę z wozów wypełnionych wojennymi łupami kazał wyciągnąć figurkę świętej Anny, która na rękach trzyma Maryję i Chrystusa. Figurka ta służyła do przechowywania cudownych relikwii - kamienia z dróżki wiodącej do domu św. Anny. I tak oto dzięki upartym wołom, powstał kościół, a potem i sanktuarium na Górze św. Anny. Ile w tej opowieści prawdy? Nie wiadomo. W końcu to, choć bardzo piękna, tylko legenda.

 
Annogórskie kaplice PDF
wtorek, 29 grudnia 2009 17:17

Prawie każdy z Czytelników miał przyjemność odwiedzić kiedyś kalwarię na Górze św. Anny. Pięknie zdobione i utrzymane w należytym porządku kaplice, są jedynym przykładem takiej architektury w naszej okolicy. I kto by przypuszczał, że niewiele brakowało, a dziś nie stałby tu kamień na kamieniu. Kalwaria z biegiem czasu niszczałaby coraz bardziej, gdyby nie pewien pies. A działo się to kilka ładnych lat po śmierci fundatora kalwarii - hrabiego Gaszyny.
Szlachcic ten pod koniec swojego, zresztą dość bogatego w skandale i hulanki, życia, postanowił zadbać o swój los po tej drugiej stronie śmierci. Ufundował kaplice kalwaryjskie. Pierwotny wygląd drogi krzyżowej odbiegał trochę od tego, który dziś jest nam znany. Po śmierci fundatora jego następcy okazali się nie być już tak pobożnymi, los kalwarii nie leżał im zbyt na sercu. Powoli czas działał na niekorzyść tych budowli, dróżki zarastały chaszczami, zielskiem. W tym czasie ówczesny gwardian klasztoru oo. franciszkanów, postanowił udać się na spacer w okolice szczytu. Razem z nim spacerował jego brat, również franciszkanin. Bracia wzięli ze sobą psa gwardiana. Spacerując po zarośniętych ścieżkach, w pewnym momencie zgubili psa z oczu. Zaczęli szukać, wołać, przeczesywali okoliczne zarośla. W pewnym momencie poczuli bardzo intensywny zapach fiołków. Postanowili kierować się tym zapachem. Przedarli się przez ostatnie krzaki i zobaczyli psa przy zwalonym krzyżu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pies ten klęczał i się modlił, a wokół trwał roztaczał się fiołków. Obaj zakonnicy padli na kolana i poczęli się modlić.
Zdarzenie to wywarło na nich tak duże wrażenie, że gwardian postanowił za wszelką cenę odremontować annogórską kalwarię. W miejscu tego cudownego zdarzenia dziś stoją Trzy Krzyże. Z tą historią wiąże się jeszcze inna tradycja - od tego dnia każdy gwardian klasztoru na Górze św. Anny posiada psa.

 
«pierwszapoprzednia12następnaostatnia»

Strona 1 z 2
Nasz serwis poleca:
Zalesie.online (C) 2002-2014 www.zalesieslaskie.pl
Dzisiaj (2014-10-25) stronę odwiedziło: 140 gości. Wczoraj (2014-10-24) stronę odwiedziło: 269 gości.